Strona główna Dodaj do ulubionych Napisz do nas
O nas|Aktualności|Galeria|Dziennik wypraw|Kontakt
   
Biesy - Listopad'09

 Wyjechaliśmy w Bieszczady w środę, wczesnym popołudniem. Droga mijała sprawnie, już po zmierzchu dotarliśmy do Cisnej, gdzie zatrzymaliśmy się na popas. Jakże różni się Cisna latem od Cisnej zaawansowaną jesienią... Ludzi niewiele, parking pusty, większość knajp zamknięta. Na szczęście drzwi do „Łemkowyny” stały otworem. W środku bardzo przyjemnie. Ogień w kominku witał miłym ciepłem, kontrastując z zimnym wiatrem na zewnątrz. Zagłębiliśmy się w lekturze menu i po chwili oblizywaliśmy się przy żurku, kwaśnicy, plackach po bieszczadzku, baraninie, pierogach po łemkowsku, zapijanych zacnym złocistym trunkiem (choć trafił się jeden amator wina z kija na ciepło). Zgodnie polecamy lokal, kiedy zawędrujecie w tamte okolice.

Kiedy wyszliśmy za próg gospody zaczynało kropić i wiedzieliśmy, że nie ma co liczyć na gwiaździstą noc. Nie poddaliśmy się jednak. Jak wstępnie ustaliliśmy, pojechaliśmy w kierunku pola namiotowego w Bereżkach. Po drodze dało się zauważyć skutki gwałtownego opadu śniegu, jaki miał miejsce kilka tygodni wcześniej. Pełne jeszcze liści drzewa nie wytrzymały i wiele z nich leżało powalonych lub sterczały ostrymi kikutami; pełno gałęzi leżało na drodze. Dowiedzieliśmy się później, że los drzew podzieliło też kilka namiotów październikowych bieszczadników (to musiała być zaskakująca pobudka).

Na polu było pusto i ciemno. W mżawce rozbijaliśmy namiot (4-osobowy hannah spirit), umilając sobie czas wiśnióweczką. Tego wieczora odnieśliśmy duży sukces – udało nam się rozpalić ognisko, mimo wszechogarniającej wilgoci. Nieocenione były suche rurkowe trawy, które sterczały nad potokiem. Pożywieni kiełbasą z ogniska, wsunęliśmy się do śpiworów.

Przed 6-tą obudziła nas komórka Borówy, która nie mogła pojąć, że jesteśmy na urlopie, oraz dzwoniące o siebie zęby Szymona – ten z kolei zbyt optymistycznie wyposażył się w letni śpiwór i cienką karimatę. Cóż było robić – wstajemy. Pogoda kiepska, mgła, gór nie widać, ale przecież nie przyjechaliśmy się tu opalać. Szybkie śniadanie i pakujemy plecaki. Plan był taki, aby zostawić namiot na polu, pojechać do Wołosatego i stamtąd przez Halicz i Bukowe Berdo wrócić do Bereżek. No więc pojechaliśmy.

Na „ostatnim parkingu na szlaku” w Wołosatem zaparkowaliśmy samotnie, nawet nas nikt nie próbował skasować za postój. Kiedy wyruszyliśmy przed 9-tą padał deszcz. Pierwszy odcinek wiódł częściowo asfaltową drogą na Przełęcz Bukowską. Ostatnie słowo zamieniliśmy z patrolem Straży Granicznej – siedzieli wygodnie w zaparkowanym w poprzek szlaku samochodzie terenowym i patrzyli na nas z politowaniem, że też nam się chce, zamiast czas miło w knajpce spędzić.

Po chwili marszu deszcz zamienił się w deszcz ze śniegiem. Góry nadal tonęły we mgle i chmurach. W lesie dostrzegliśmy wiatę turystyczną. Jasne drewno świadczyło, że została postawiona niedawno. Była bardzo wygodna, z dużym stołem pośrodku. Skorzystaliśmy z niej, odpoczywając chwilę.

Z czasem w tym czymś, co leciało z nieba, coraz mniej było wody, a coraz więcej śniegu. Na Przełęcz Bukowską dotarliśmy w zimowej aurze (jak to stwierdził Borówa – „prawie zima”). Tutaj też zastaliśmy nową wiatę, więc otrząsnęliśmy się ze śniegu, coś przekąsiliśmy i łyknęliśmy herbaty z termosu. Koło południa zaczęliśmy się wspinać na Rozsypaniec.

Wyszliśmy z lasu na połoninę i niestety zero widoków. Mgła pozwalała rozglądnąć się tylko w promieniu kilkunastu metrów. Szlak zasypany świeżym śniegiem, mało tyczek. Większość znaków wymalowanych jest na kamieniach, które przykryła biała kołdra. Niedogodności wynagradzały fantazyjne rzeźby, jakie na choinkach i innych krzakach za pomocą mokrego śniegu tworzył wiatr i mróz. Po godzinie dotarliśmy na Halicz – stąd ponoć pogodną nocą dostrzec można światła Lwowa, a my widzieliśmy tylko siebie nawzajem i udekorowane przez aurę krzyż, ławki i nowe ogrodzenie szczytu.

Wiatr się nasilał, potęgując zimno. Drobinki lodu siekły twarz, trzeba było iść dalej. Trudno było odnaleźć właściwą drogą, dwa razy musieliśmy wspomóc się GPS-em. Szliśmy gęsiego, czasem zapadając się w śniegu po uda. Nie było się gdzie schronić, nie zatrzymywaliśmy się więc na odpoczynek. Dotarliśmy w końcu do skrzyżowania z niebieskim szlakiem na Bukowe Berdo. Czas mieliśmy gorszy od podawanego na drogowskazach o jakieś pół godziny. Było już koło 14-tej, mgła nie chciała ustąpić. Postanowiliśmy zrewidować nasze plany i przejść przez Tarnicę do Wołosatego.

Jakoś to podejście na przełęcz pod Tarnicą dało nam się we znaki. Byliśmy już zmęczeni, plecaki ciążyły (jak się okazało, niepotrzebnie nieśliśmy w nich cały ekwipunek, skoro i tak schodziliśmy do samochodu). Na przełęczy w końcu je zrzuciliśmy. Herbata z termosu smakuje w takich warunkach najlepiej, wsunęliśmy na szybko jakieś słodycze. Wiatr szybko nas wychładzał, więc nie odpoczywaliśmy długo. Ruszyliśmy na Tarnicę. Na szczycie nie udało mi się wydostać aparatu z klapy plecaka – zamek zamarzł. Widok po horyzont – tylko horyzont bardzo blisko…

Potem szybkie zejście. W lesie już przyjemniej, nie wiało. Czapy śniegu na drzewach. Po drodze jeszcze krótki postój w wiacie i ostatnie kilkadziesiąt minut już po ciemku, przydała się czołówka.

Byliśmy mokrzy – trochę z deszczu, trochę z potu. Pojechaliśmy do Ustrzyk Górnych, żeby zjeść coś ciepłego i trochę się wysuszyć. W „Zajeździe pod Caryńską” zrobiło nam się błogo i perspektywa powrotu do namiotu trochę odstraszała. Część kurtek była przemoczona i niewiele zdążyły przeschnąć. Zapadła decyzja, że zostajemy na kwaterze, a nazajutrz idziemy przez Połoninę Caryńską do Bereżek. To był dobry pomysł. W końcu góry trzeba chłonąć z przyjemnością, a nie walczyć z nimi klnąc pod nosem. Skorzystaliśmy z gorącego prysznica. Doznanie porównywalne z herbatą pod Tarnicą. Wieczór upłynął przy grze w kości.

Nazajutrz obudziła nas… komórka Borówy, który odkrył, że nawet wyłączony telefon ma aktywny alarm. Ponieważ jednak trasa przed nami nie była długa, nie zbieraliśmy się w pośpiechu. Po śniadanku część ekwipunku zostawiliśmy w samochodzie i poszliśmy czerwonym szlakiem. Przy wejściu zapoznaliśmy się z ostrzeżeniem o bardzo trudnych warunkach w górach. Informowano nas, że wchodzimy na własne ryzyko. Jakoś nie chciało nam się temu dowierzać. Przede wszystkim pogoda nastrajała optymistycznie. Widoczność była znacznie lepsza, aniżeli poprzedniego dnia. Od czasu do czasu przyświecało słoneczko, w którym pięknie błyszczały białe połoniny Bukowego Berda i Szerokiego Wierchu.

Po chwili marszu dotarliśmy do wiaty. Okoliczności przyrody spowodowały, że zabawiliśmy tam nieco dłużej. Minęła prawie godzina, nim ruszyliśmy dalej. Niedługo potem wyszliśmy na połoninę. Szło się komfortowo. Warunki były nieporównywalnie lepsze od szlaku na Halicz i Tarnicę. Można było podziwiać Bieszczady Polskie, Ukraińskie i Słowackie, na których tle pięknie prezentowały się Rawki. Zachęceni postanowiliśmy nie schodzić od razu zielonym szlakiem na Przełęcz Przysłup, lecz wspiąć się na najwyższy wierzchołek Carycy. Stanęliśmy na nim po 13-tej, przypatrując się Połoninie Wetlińskiej z widoczną Chatką Puchatka.

Pare fotek i za chwilę wkomponowani w skałki gotowaliśmy wodę na szybką zupkę. Smakowała wybornie.

Północne zejście z Caryńskiej jest dość strome. Przydawały się kije trekingowe. Minęliśmy się z czwórką, która zasuwała z Widełek do schroniska na Wetlińskiej. Tego dnia spotkaliśmy około 10-ciu innych wędrowców.

Schodziliśmy w nierównym tempie i po chwili podzieliliśmy się na dwie dwójki. Po wejściu do lasu zaczęła się nowa atrakcja. Połamane drzewa i gałęzie tarasowały szlak. Trzeba je było często obchodzić, przedzierając się przez chaszcze. Po godzinie zeszliśmy na przełęcz. Zastaliśmy tam robotników, którzy pracowali przy budowie nowego schroniska studenckiego „Koliba”. Poprzednie rozebrano. Obecny budynek był już w dużej części gotowy i trzeba przyznać, że budził bardzo dobre wrażenie. Obszerny, drewniany, na wysokiej kamiennej podmurówce z tarasem, przykryty gontem, na pewno będzie świetnym miejscem na wypoczynek.

Łyk herbaty, batonik i w dół do Bereżek. Powalone drzewa w dużej ilości przegradzały nam drogę. Szlak rowerowy „Extreme Bieszczady” – zamknięty. Prawdziwy „małpi gaj”. Zrobiło się ciemno i trzeba się było wspomóc czołówkami. Około 17-tej zeszliśmy wprost na pole namiotowe, na którym czekał na nas nasz namiot. Dwójki, która nas wyprzedziła nie było. Jak się domyśliliśmy poszli po samochód drogą do Ustrzyk. My zajęliśmy się rozpalaniem ogniska. Po chwili dołączyli koledzy.

Na polu w Bereżkach jest świetna wiata, z paleniskiem pośrodku. Miło upłynął nam w niej cały wieczór. Ognisko po całodziennej wędrówce w jesienno-zimowej aurze jest fantastyczne. Upiekliśmy na nim kiełbasę, chleb z czosnkiem, cebulą i masełkiem, pokrzepiliśmy się herbatą, gorzałką i ukraińskim piwem, zdobytym w mistycznych okolicznościach. Było cudnie.

Ostatni bieszczadzki poranek przywitał nas deszczem. Plan był taki, aby zwinąć obóz i podjechać do Duszatyna na krótki wypad do Jeziorek Duszatyńskich. Jednak ulewa się nasilała i perspektywa brodzenia w błocie jakoś do nas nie przemawiała. Pożegnaliśmy się więc z Biesami, obiecując sobie ich ponowne odwiedzenie, kiedy dni będą cieplejsze i dłuższe. Oj, obyśmy na tą okazję nie musieli długo czekać.

Autor: Grzegorz

Dodaj komentarz
TAK
662
NIE
642
Czy ten artykuł był dla Ciebie ciekawy?
Aby oddać głos, kliknij na rączkę
Aktualnie brak komentarzy!
GADABOUT.PL
projekt i wykonanie m3.net

Ta strona używa plików cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zamknij